Norwegowie absolutnie zdominowali sobotni sprint, jednak najjaśniej świeciły gwiazdy rodzeństwa Boe. Bracia Johannes Thingnes i Tarjei zajęli dwie pierwsze pozycje, co młodszy nazwał „szaleństwem”.

Trudna rola numeru 1

Johannes Thingnes Boe inaugurował sobotnie zawody. Mając na piersiach plastron z numerem jeden, dyktował warunki wyścigu i był punktem odniesienia dla całej reszty biathlonistów biorących udział w sprincie. Norweg przyznał, że taka rola niezbyt mu jednak odpowiada.

– Z numerem jeden, kiedy przekraczasz linię mety, musisz po prostu czekać i patrzeć na resztę. To bolesne – powiedział lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Bracia Boe znów na szczycie

Od lat rodzeństwo Boe utrzymuje się na szczycie światowego biathlonu. Jednak kampania 2022/2023 przebiega w całości pod dyktando młodszego z braci. Starszy zajmuje z reguły miejsca poza czołową dziesiątką. Z tego też powodu Tarjei nie był brany pod uwagę jako kandydat do medalu. Tym bardziej srebro brata cieszy Johannesa.

– Nie może [być lepiej – przyp. red.]. To był najlepszy wynik, jaki mogłem osiągnąć dziś, w tej mgle, jaka była. Pchałem z całych sił, jakie miałem. Wszedłem w tory i starałem się osiągnąć linię mety. Koniec końców, było to ważne, ponieważ Tarjei bieg najlepiej jak potrafił. Ustrzelenie rodzinnego dubla… to szaleństwo – dodał Johannes Boe.

Swoimi przemyśleniami podzielił się także bardziej doświadczony życiowo brat.

– Gdy ścigasz się z Johannesem, który w tym roku był niepokonany, on musi popełnić błąd, by go pokonać. Kiedy strzelił dziewięć z dziesięciu, wiedziałem że będzie ciężko. Po moim drugim strzelaniu, kiedy byłem tak blisko, miałem nadzieję, że uda mi się za nim podążać. Czułem, że nie dam rady i nawet jeżeli mam srebrny medal, to po tym sezonie czuję jakby to było zwycięstwo, zwłaszcza z moim bratem, to całkiem spoko – dodał Tarjei.

Źródło: biathlonworld.com
Fot. © Manzoni/IBU

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.