Ponad 59 lat temu ówczesny prezydent USA John F. Kennedy wygłosił jedno z najbardziej pamiętnych przemówień w historii świata. Jednym z najmocniejszych zdań było to, które amerykański prezydent powiedział po niemiecku: „Ich bin ein Berliner”. Niestety, berlińczyków brakuje w Polskim Związku Biathlonu.

Na początek krótkie wyjaśnienie, skąd Berlin i Kennedy w biathlonie. Pełny cytat brzmiał następująco:

„Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Berlina, i tym samym ja, jako wolny człowiek z dumą mówię «Jestem berlińczykiem»!”.

Prezydent USA wyraził swoją solidarność z mieszkańcami zachodniej części Berlina i stwierdził, że wszyscy, którym na sercu leży wolność jednostki i prawo do samostanowienia o sobie są berlińczykami.

Niestety, w PZBiath berlińczyków nie ma i nigdy nie było. Wydarzenia z ostatnich dni dobitnie uświadamiają nas o tym, że dobro polskiego biathlonu nigdy nie było sprawą priorytetową dla decydentów.

Nie mam zamiaru przytaczać cytatów i wypowiedzi poszczególnych osób. Jestem pewny, że każdy, kto śledzi wydarzenia ze świata polskiego biathlonu wie, co się dzieje. Zamiast tego chcę zabrać Czytelników w świat liczb i danych. A te są druzgocące.

Męski biathlon – sztafeta wstydu

Najlepszym polskim biathlonistą w historii jest bezapelacyjnie Tomasz Sikora. To, co zrobił on dla polskiego biathlonu jest porównywalne jedynie z tym, co uczyniła Justyna Kowalczyk dla biegów narciarskich. Oba przypadki są do siebie bardzo podobne, bowiem ich dziedzictwo zostało koncertowo zaprzepaszczone przez wszystkich, którzy mieli nieść płomień nadziei (czytaj: związkowców). Ale po kolei.

Sikora swoją karierę zaczął pod okiem jedynej osoby w Polsce, która ma jakiekolwiek pojęcie o trenowaniu sportów zimowych. Aleksander Wierietielny, bo o nim mowa wziął pod swoje skrzydła 19-letniego Tomka i tak zaczęła się ich wspólna droga.

Rok później (1993) młody Sikora zdobył wicemistrzostwo świata juniorów w Ruhpolding w sprincie, by w grudniu tego samego roku po raz pierwszy stanąć na podium zawodów Pucharu Świata. W 1994 roku Polacy zostali wicemistrzami Europy w sztafecie. Sikora rozwijał się niesamowicie, czego potwierdzeniem był złoty medal mistrzostw świata w 1995 roku w biegu indywidualnym. Dwa lata później zdarzyło się coś, czego najpewniej szybko nie powtórzymy – brąz MŚ w biegu drużynowym.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1998 roku w Nagano nie przyniosły medali i trener Wierietielny, po 11 latach pracy, pożegnał się z biathlonem. Dlaczego? Z powodu konfliktu personalnego z działaczami Polskiego Związku Biathlonu. Tak, grupa, która spijała śmietankę sukcesów polskich biathlonistów jest odpowiedzialna na marazm, jaki nastał w polskim biathlonie po erze Wieretelnego.

Sikora odniósł jeszcze dwa wielkie sukcesy (srebro na MŚ w Oberhofie w 2004 i srebro na IO w Turynie), ale drużynowo nigdy więcej nie istnieliśmy. I nie istniejemy do dziś. Czyja to wina? Oto wszyscy prezesi Polskiego Związku Biathlonu, którzy przez ostatnie 28 lat mieli czuwać nad rozwojem biathlonu w Polsce:

1994-2006: Krzysztof Lewicki
2006-2014: Zbigniew Waśkiewicz
2014-2020: Dagmara Gerasimuk
2020-2022: Zbigniew Waśkiewicz

Trzy nazwiska, z tego jedno, które w erze postsikorowej rządziło 10 lat. Zbigniew Waśkiewicz – główny architekt sukcesów męskiej kadry. W minionym tygodniu jego panowanie zostało zakończone, jednak stało się to, jak to w Polsce, w atmosferze skandalu, kłótni i wzajemnych animozji.

Czy nowa prezes Joanna Badacz uporządkuje ten bałagan, jaki zostawili jej poprzednicy? Szczerze wątpię. Polski biathlon potrzebuje poważnego wietrzenia. Czas, by weszli tam ludzie, którym na sercu leży dobro biathlonu, a nie dobro ich własnego portfela. Czas, by wejść tam jak Jezus do świątyni i wygnać bankierów i handlarzy, którzy robią z „domu Ojca mego targowisko”. Podążając za Kennedym: w Berlinie nie ma dziś Berlińczyków. Są tylko Rosjanie, którzy kradną zegarki.

Fot. unsplash.com/Aaron Doucett

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.