Ile książek o biathlonie zostało wydanych w Polsce? Okrągłe zero. Niestety, nic nie zapowiada, by w najbliższym czasie sytuacja uległa zmianie (chyba, że Tomasz Sikora zdecyduje się napisać autobiografię). Dlatego z tym większą radością zasiadłem do lektury biografii Denise Herrmann „Zielsicher – Mein langer Lauf an die Biathlon Spitze”.

Jeżeli jakikolwiek fan biathlonu w Polsce chce zasiąść wygodnie w fotelu i delektować się książkami wydanymi przez biathlonistów, musi znać języki obce. A najlepiej francuski i/lub niemiecki, bo oferta wydawnicza ogranicza się głównie do tych rynków. Przykładem jest chociażby publikacja Denise Herrmann-Wick, która w moje ręce trafiła pod koniec października.

Czytaj także: Denise Herrmann dla BiathlonPoGodzinach.pl: Niektóre z najgorszych rzeczy, które mi się przytrafiły, pomogły mi stać się osobą, którą jestem dzisiaj

To, co jest wielkim wyróżnikiem tej książki, dla polskojęzycznego odbiorcy, to prosty i zrozumiały język. Jeżeli znasz niemiecki na poziomie A2, to bez większych trudności zrozumiesz najważniejsze fakty i wydarzenia z życia mistrzyni olimpijskiej. Zaś znający język Goethego na poziomie B1 i wyższym będą się czuli jak ryby w wodzie – tak zrozumiale i jasno pisze Denise Herrmann.

Jako że jest to recenzja, nie będę streszczał książki i rozwodził się nad każdą stroną. Dość powiedzieć, że jest to typowa biografia, która zaczyna się, gdy mała Denise miała 6 lat i wybrała się na pierwszy zimowy trening ze swoim ojcem, który, jako były sportowiec, zaszczepił w niej pasję do aktywności fizycznej. A dalej to już poszło.

„Zielsicher – Mein langer Lauf an die Biathlon Spitze” składa się z 63 krótkich (2-5 stron) opowieści oraz prologu i epilogu. Z tego względu książkę czyta się bardzo szybko. Autorka nie rozwodzi się nad tym jak to było ciężko w krajach związkowych byłego NRD w czasach jej dzieciństwa tylko wykłada kawę na ławę i zwięźle opisuje wydarzenia. Każde z „opowiadań” wynika z poprzedniego, dzięki czemu książka jest spójna, zaś konkretne nazwanie rozdziałów sprawia, że dokładnie wiemy, czego się spodziewać.

Denise Herrmann-Wick nie stawia sobie pomnika jak ze spiżu. Nie wynosi się na piedestał i nie oczekuje od czytelnika niczego. W książce dostajemy postać z krwi i kości. Człowieka, jak każdy z nas. Widzimy kobietę, która jest autentyczna w tym, co robi i jak pisze. Urodzeni pod koniec lat 80. ubiegłego wieku z pewnością odnajdą wiele podobieństw w swoim dzieciństwie do przeżyć mistrzyni olimpijskiej z Pekinu. (No, może z wyjątkiem tego, że na swoich pierwszych zawodach międzynarodowych uzyskała lepszy czas niż Martin Fourcade). To barwna opowieść, która nie męczy. Wręcz przeciwnie. Czytając ją można poczuć się jakby było się uczestnikiem sprintu, ale rolę kolejnych okrążeń zajmuje kolejny rozdział.

Fot. własne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.