Sezon właśnie się zakończył, a to dobry moment na pierwsze podsumowania. Chciałoby się napisać, że był on pełen wrażeń, jednak byłaby to tylko połowiczna prawda. Jego niekwestionowanym królem był Johannes Thingnes Boe, który absolutnie zdominował zawody mężczyzn jak Bayern Monachium ligę niemiecką. Czy to dobrze?

Pan i władca tras

Co sprawia, że biathlon wyróżnia się na tle innych sportów? Przede wszystkim jego nieprzewidywalność. W biegach narciarskich przeszkodzić faworytom może przede wszystkim ich słabsza dyspozycja lub świetna forma dnia rywali. Warunki atmosferyczne nie grają niemal żadnej roli. A u nas? Człowiek strzela, wiatr kule nosi. Ile to razy na przestrzeni lat zdarzało się, że murowany faworyt spudłował ten jeden, ostatni strzał i stracił nie tylko zwycięstwo, ale i nawet podium. Aż do tego sezonu.

Johannes Thingnes Boe pokazał, że dla niego jedna, a nawet dwie karne rundy to żaden problem. Norweg na pełnym luzie odjeżdża reszcie stawki, zupełnie tak, jakby ścigał się z juniorami. Śmieliśmy się w redakcji, że Boe powinien mieć już przed zawodami doliczane 25 sekund albo obowiązek zawitania do ogródka. A najlepiej założyć mu obciążniki na nogi, choć i tak to nic nie da. On jest po prostu za dobry.

Dominacja jednego biathlonisty była nudna. Oczywiście tylko dla tych kibiców, którzy wspierają inne nacje i innych zawodników. Sam Johannes oraz jego kibice kompletnie by się ze mną nie zgodzili (i wcale im się nie dziwię). Norweg był w tym sezonie jak Bayern Monachium w Bundeslidze przez ostatnie 10 lat. Przez dekadę, rok w rok, „Bawarczycy” zdobywali tytuł mistrza Niemiec. Czasem ktoś im zagrażał, czasem odjeżdżali rywalom już na półmetku zmagań, ale koniec końców efekt był zawsze ten sam – srebrna patera jechała do stolicy Bawarii.

Maszyna do wygrywania

Johannes Thingnes Boe tylko w tym sezonie zdobył: 5 tytułów mistrza świata, jeden srebrny i jeden brązowy medal tej imprezy, Dużą Kryształową Kulę i dwie Małe (za sprinty i pościgi). W lepszym dorobku przeszkodziła mu choroba, która wykluczyła go z zawodów w Oestersund.

Można powiedzieć, że nie wyszły mu Mistrzostwa Świata w Oberhofie, bo zabrakło kompletu złotych medali. Jednak nawet wspomniany wcześniej Bayern przegrywał mecze na rodzimym podwórku. Zresztą, czy srebro i brąz można uznać za porażkę? W tym wypadku jest to akurat miłe zaskoczenie, pokazujące, że Boe też człowiek i można go sporadycznie pokonać.

By zrozumieć jego wielkość, spójrzmy na liczby Norwega na przestrzeni lat. Swój debiut w Pucharze Świata zanotował w styczniu 2013 roku. Jednak jego pierwszym pełnym sezonem była kampania 2013/2014. Niespełna 21-letni wtedy biathlonista zakończył ją jako 3. zawodnik cyklu. W kolejnych latach utrzymywał się w czołówce, zaś pomiędzy sezonami 2018/2019 a 2020/2021 trzykrotnie zdobywał Dużą Kryształową Kulę.

Tylko rok temu zajął 13. miejsce, ale to na własne życzenie. Boe zdobył 4 złote medale na igrzyskach w Pekinie, dorzucił do tego jeden brązowy i zrobił sobie przerwę od biathlonu. Zrezygnował z dalszych startów, by dobrze przygotować się na następny sezon. Z jakim efektem? Wszyscy widzimy.

Podsumowując, przez 10 lat startów Johannes Boe zanotował 229 występów, z których aż 74 kończył na pierwszym miejscu, co daje mu astronomiczną skuteczność na poziomie 32,3%. Z kolei na podium stawał łącznie 113 razy, co oznacza, że w 49,3% wszystkich startów Norweg plasował się na podium. Kosmiczne liczby, do których nie zbliża się żaden z obecnie startujących biathlonistów.

Przyszłość biathlonu pod znakiem Boe?

W maju Johannes Boe skończy 30 lat. Starsza o 5 lat Denise Herrmann-Wick pokazała, że nawet w tym wieku można pokusić się o dobre rezultaty i zostać mistrzynią świata. Czy to oznacza, że czeka nas 5 lat absolutnej dominacji jednego człowieka? Otóż nie.

Po pierwsze – organizmu nie oszukasz. Nie każdy człowiek to Cristiano Ronaldo, że w wieku 38 lat może biegać za piłką jak 26-latek. Gdzie jest granica dla Johannesa? I jak długo można startować na najwyższych obrotach?

Jednak to nie ciało będzie największym problemem Johannesa, a jego koledzy z kadry. Sturla Holm Laegreid jest o 4 lata młodszy i przez cały sezon tylko on rzucał wyzwanie zdobywcy Pucharu Świata. Co więcej, Norwegowie słyną z niezwykle silnej kadry we wszystkich sportach zimowych, co oznacza, że już lada moment może pojawić się na biathlonowych trasach 22-latek, który pogodzi stare wygi i zacznie im zgarniać trofea sprzed nosa.

Konkurencja wewnątrz norweska to jedno, ale są również i inne nacje. Francuzi mają wielu biathlonistów, którzy będą próbowali zrzucić z tronu Johannesa Boe. Quentin Fillon Maillet to nie chłopiec do bicia i z pewnością wykorzysta przerwę między sezonami, by wyeliminować błędy. Już w Oslo było widać poprawę względem całego sezonu i promyk nadziei, że w grudniu będzie kto miał rywalizować z Norwegami.

Fot. © Manzoni/IBU

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *