Johannes Thingnes Boe w środowym biegu indywidualnym nie jechał na nartach, ale na nich płynął. O tym świadczy nie tylko czas Norwega, ale również jego wypowiedź po zawodach.

Król królów

Johannes Thingnes Boe to niekwestionowana gwiazda 53. Mistrzostw Świata w biathlonie. W Oberhofie Norweg wygrał każdy wyścig, w którym brał udział, co oznacza, że na swoim koncie ma już cztery złote medale i szanse na kolejne krążki.

– Nie mogę uwierzyć, że wygrałem jeszcze jeden wyścig w trakcie tych mistrzostw świata. To po prostu szalone. Po prostu cieszę się każdą chwilą – mówił po zawodach lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

O dwie długości przed resztą

Młodszy z braci Boe był dziś klasą samą w sobie. Pomimo dwóch pudeł, uzyskał czas o minutę lepszy niż drugi Sturla Holm Laegreid, który pudłował tylko raz. Można śmiało powiedzieć, że śnieg topił się pod jego nartami.

– W trakcie rozgrzewki oraz rano czułem się naprawdę dobrze. Gdy w Oberhofie śnieg jest mokry i głęboki, trasa jest naprawdę trudna. Wiedziałem, że została stworzona specjalnie dla mnie. Nasz zespół od smarowania, mafia woskowa, jest niezwykle skuteczna w tworzeniu najlepszego materiału. Problemem były dwie karne minuty, ale ostatecznie to wystarczyło – dodał norweski biathlonista.

Johannes Boe startował z numerem 11, jednak na metę wjechał przed kilkoma zawodnikami. Ostatnim, który dał się wyprzedzić Norwegowi był Quentin Fillon Maillet. Francuz miał na plastronie numer 6, co pokazuje biegową dominację Norwega.

– Dzisiaj chodziło o to, by znaleźć właściwą ścieżkę na trasie. Nie zużywałem zbyt dużo energii. Przez cały czas czułem się dobrze, więc nie byłem zmęczony – wyjaśnił.

Źródło: biathlonworld.com
Fot. © Manzoni/IBU

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.