W debiutanckim sezonie w Pucharze Świata Lou Jeanmonnot-Laurent mocno zaznaczyła swoją obecność w czołówce. Na Mistrzostwach Świata w Oberhofie była blisko zdobycia kilku medali. W rozmowie z naszym portalem Francuzka podsumowuje minioną kampanię.

Cezary Bronszkowski: Pierwszy pełny sezon w Pucharze Świata i od razu wysokie 11. miejsce w klasyfikacji generalnej. Do tego wysyp życiowych wyników w TOP10. Chyba lepiej być nie mogło.

Lou Jeanmonnot-Laurent: Jestem bardzo zadowolona z tego sezonu, w listopadzie nie wyobrażałam sobie tego miejsca w klasyfikacji generalnej. Ale ponieważ walczyłam o wejście do czołowej dziesiątki, jestem tym trochę rozczarowana.

W Pucharze Świata debiutowałaś dwa lata temu, jednak dopiero w tym sezonie stałaś się jego stałą uczestniczką. Jak duża jest różnica pomiędzy nim a Pucharem IBU?

Trudno porównać poziomy tych dwóch zawodów. Na pewno Puchar Świata jest trudniejszy z uwagi na trasy i przez sposób, w jaki można tracić pozycje w każdej sekundzie. I przez to, że najlepsi sportowcy zawsze robią perfekcyjne wyścigi, więc aby stanąć na podium, też trzeba być perfekcyjnym. Przypuszczam, że istnieje również różnica w czasach biegu, jak i w szybkości strzelania i osiąganych prędkościach.

Zajęłaś 11. miejsce w klasyfikacji generalnej, ale byłaś dopiero trzecią z Francuzek. Wyniki Waszej kadry pokazały, że francuski biathlon ma następczynie takich gwiazd jak Anais Bescond czy Anais Chevalier-Bouchet.

Tak, francuska drużyna była w tym sezonie niesamowita, to przyjemność trenować z taką drużyną i mieć obok takie silne zawodniczki jak ona, które można naśladować. Ale każda kobieta w tym zespole ma w sobie coś inspirującego, chyba właśnie dlatego nasz zespół jest silny!

W tym sezonie stałaś się istotną częścią francuskiej sztafety. Trudno było wywalczyć sobie to miejsce?

Nie mogę powiedzieć, że było łatwo, ponieważ bardzo ciężko pracowałam, aby zostać świetnym sportowcem, a przede mną jeszcze dużo pracy. Nie mogę też powiedzieć, że było ciężko, bo miałam szczęście, że miałam wsparcie trenerów, a oni wierzyli we mnie na tyle, że dali mi możliwość wzięcia udziału we wszystkich sztafetach w tym sezonie.

Nieskromnie powiem, że od początku tego sezonu czułem, że masz papiery na zrobienie kariery. Póki co jesteś na jak najlepszej drodze ku temu. Emocje trochę opadły. Jakie cele stawiasz przed sobą na czas bliższy i dalszy?

Nic nadzwyczajnego. W przyszłym roku chcę częściej znajdować się w czołowej szóstce, wygrać swój pierwszy Puchar Świata, nauczyć się walczyć o Kryształową Kulę. A w dalszej perspektywie walka o to trofeum i medale olimpijskie. Ale wciąż muszę pracować i nikt nie może powiedzieć, że to osiągnę, tylko gdy będę dawać z siebie wszystko.

W Oberhofie do medalu zabrakło bardzo niewiele. Czujesz niedosyt po tej imprezie?

Tak, na początku było rozczarowanie, a potem przypomniałam sobie, że głównym celem w tym sezonie był sam udział w mistrzostwach. Więc na pewno było ciężko, że ominął mnie medal, szczególnie w sztafetach, ale i tak udało mi się znaleźć w ceremonii kwiatowej w trakcie biegu pościgowego, co jest dobrym wynikiem w mojej dotychczasowej karierze.

Już w przyszłym roku Mistrzostwa Świata w Novym Meście. Apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Tak, z pewnością. Byłam rozczarowana brakiem medali w sztafetach. A ponieważ mogę walczyć o podium w zawodach Pucharu Świata, przypuszczam, że mogę to samo zrobić na mistrzostwach świata.

Drugie miejsce w biegu indywidualnym w Ruhpolding i drugie w biegu masowym w Oestersund. Jakie to uczucie stanąć na podium zawodów Pucharu Świata?

To przyjemne uczucie, a także daje poczucie „chcę więcej”. Ale też bardzo szybko zapominam o dobrych wyścigach, zwłaszcza gdy muszę się skupić na kolejnym.

W Oslo w biegu ze startu wspólnego miało być równie pięknie. Ale cztery pudła na ostatnim strzelaniu pogrzebały twoje szanse. Co tam się wydarzyło?

Myślę, że to mieszanka zmęczenia, braku reaktywności z powodu mojego tempa biegowego, odrobiny stresu z powodu spudłowania Hanny [Oeberg – przyp. red.], która otworzyła mi szansę na zwycięstwo, a także faktu, że widoczność na strzelnicy była naprawdę zła.

Jak czujesz się po tak intensywnym sezonie? Która część była dla ciebie najtrudniejsza?

Czuję się wyczerpana! Najtrudniejsze dla mnie było branie udziału w 3 wyścigach tygodniowo, a także rywalizowanie 3 tygodnie z rzędu, co prawie nigdy nie zdarza się w Pucharze IBU.

W przyszłym sezonie nie zobaczymy już Anais Chevalier-Bouchet. Presja na wynik, zarówno indywidualny, jak i w sztafecie, przejdzie teraz na ciebie. Jesteś na to gotowa?

Nie czuję żadnej presji ze strony Anais. Może poczuję presję, bo będę wiedziała, że jestem w stanie wygrać i walczyć o miejsce w klasyfikacji generalnej za rok lub dwa. Wolę jednak mówić, że jest to rodzaj stresu, z którym muszę sobie radzić, a nie presja, ponieważ wywieranie presji na wynik to najlepszy sposób na słabe wyniki. Skoncentruję się na robieniu wszystkiego, co w mojej mocy, wykorzystując stres do osiągania dobrych rezultatów.

Zostałaś już nazwana przez francuskie media „nową Anais”? Poczułaś presję medialną związaną z dobrymi wynikami w tym sezonie?

Wcale nie, bo nie mamy ze sobą wiele wspólnego, a dopóki jej siostra ze mną trenuje, to jest najlepszą osobą do tej roli. Ze swojej strony chcę po prostu być sobą.

Jakie masz plany na najbliższe tygodnie?

Jestem teraz w Lillehammer, żeby trochę potrenować przed dwoma ostatnimi wyścigami sezonu: Wojskowymi Mistrzostwami Świata. A potem odkładam na miesiąc treningi i ruszam na wakacje!

Należysz do grupy biathlonistów, która wakacje spędza w górach i na rowerze, czy raczej, jak prawdziwa Francuzka, wybierzesz Lazurowe Wybrzeże i plaże?

Nie lubię wybierać, więc myślę, że mogę zdecydować się na jedno i drugie! Na razie w planach są tylko góry i sporty wiosenne, ale nie będę tęskniła za plażami przed powrotem do treningów.

Dziękuję za rozmowę i powodzenia w następnym sezonie.

Fot. © Danielsson/IBU

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.